W 2008 roku pewien Rosjanin dostał od banku ofertę założenia karty kredytowej. Pocztą otrzymał umowę, którą wystarczyło podpisać i odesłać. Szybko i bez zbędnych formalności.
Pan Dymitr podpisał umowę i odesłał do banku. Po kilu tygodniach otrzymał kopię umowy podpisaną przez bank oraz kartę kredytową. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że pomysłowy Rosjanin przed wysłaniem umowy, zeskanował ją i zmienił kilka zdań w tekście, który zazwyczaj jest napisany drobnym druczkiem.

Po jego zmianach oprocentowanie kredytu wyniosło 0%, a klient nie był zobowiązany do płacenia żadnych prowizji i opłat. Dopisał również kary finansowa dla banku za zmiany w umowie lub jej wypowiedzenie.
Po dwóch latach bank zaczął upominać się o spłatę zadłużenia wraz z odsetkami i karami – których nie było w umowie. Sprawa trafiła do sądu, który przyznał rację panu Dymitrowi. Po wygraniu sprawy, tym razem to klient poszedł do sądu, domagając się wypłaty odszkodowania za wprowadzone przez bank zmiany w umowie i wypowiedzenie prowadzenia karty kredytowej. Rozprawa odbędzie się w październiku.
Wniosek z tej historii jest taki, żeby czytać to, co jest zapisane drobnym drukiem – nawet, jeśli jesteś przedstawicielem banku.
Przeczytaj całą historię Rosjanina. Myślicie, że w Polsce taki scenariusz byłby możliwy?