W miniony weekend wraz z narzeczoną rozwoziliśmy zaproszenia na nasz ślub.

Jako, że nasze rodziny mieszkają daleko od miasta, w którym my studiujemy i pracujemy, pożyczyliśmy samochód od znajomych (ekonomiczne małe autko – na gaz wydaliśmy w sumie 105 zł).

Poza rozwożeniem zaproszeń odwiedziliśmy kilka komisów samochodowych. Wiadomo bowiem, że już niebawem auto będzie nam niezbędne (a przynajmniej wg naszych rodziców). Dla mnie osobiście posiadanie samochodu wiąże się ze sporymi wydatkami (paliwo to tylko wierzchołek góry pieniędzy, którą trzeba wpakować w jego utrzymanie) i nie zdecydowałbym się na jego zakup, gdyby nie był mi niezbędny do życia. Większość ludzi dookoła mnie ma jakąś dziwną manię i potrzebę posiadania jak najlepszego i najnowszego samochodu. Widzę to po rodzicach, rodzeństwie i znajomych. Traktują samochody jak inwestycje. Dla mnie to obłęd. Ale w związku ze zbliżającym się weselem a później porodem, auto faktycznie będzie nam przydatne.

Nie kupiliśmy na razie żadnego, ale już widzę że zakup zwykłego, małego samochodziku to nieskromny wydatek (np. Daewoo Matiz, który się spodobał mojej narzeczonej kosztował w komisie 5900 zł.). Na szczęście pojawiła się szansa „wypożyczenia” auta od mojego brata, który niebawem wyjeżdża za granicę i samochód nie będzie mu potrzebny. Tańszej alternatywy na pewno nie znajdziemy.

Poza tym zabrałem od rodziców moją kolekcję monet. Zamierzam je w wolnej chwili przejrzeć i skatalogować. Kilka lat temu wydałem na nie ok. 1400 zł. Niestety boom na monety kolekcjonerskie już minął i sprzedaż z zyskiem jest niemożliwa. Nie wiem jeszcze co z nimi zrobię. Szkoda mi je sprzedawać po cenie kupna lub nawet niższej. Jednak z drugiej strony środki w nie włożone mogłyby pracować efektywniej.