Recenzja książki "4 godzinny Tydzień Pracy"

Książka ta pochłonęła mnie coraz bardziej i bardziej w miarę czytania kolejnych rozdziałów. Jest swoistą instrukcją do życia. W trakcie jej czytania czułem się jak na spotkaniu z coachem. Narrator zdaje się być obecny, zadawać mi pytania o błędy które popełniam w życiu, podpowiadać i podawać recepty na ich wyzbycie się.
Filozofia życia autora skupia się na tym, aby swoje życie poświęcić podróżowaniu, poznawaniu nowych miejsc, korzystając z tzw. „miniemerytur”, zaangażowaniu się w pracę społeczną na rzecz innych. Ale to dopiero po tym, jak skrócimy czas naszego przebywania w pracy z 8 godzin dziennie do zera, nauczeniu się szanowania własnego czasu, zaprzestania trwonienia go na sprawy bezużyteczne.
Zestaw porad jest bardzo duży i szeroki gatunkowo: począwszy od tego jak i co pisać w mailach, przez sztukę negocjacji, po podpowiedzi jak szukać tanich biletów lotniczych. Wiele z nich uważam za warte wynotowania i wypróbowania. Będąc świeżo po lekturze zacząłem rozumieć treść przekazu książki (np. że straciłem 2 godziny mojego czasu na spotkanie, które powinno trwać 15 minut).
Na koniec każdego rozdziału autor zadaje ćwiczenia do wykonania we własnym życiu. Próbowałem je stosować i czuję się z nimi całkiem dobrze. Zadania polegały np. na odmawianiu przez 2 dni na wszystkie prośby i propozycje lub twardym targowaniu się (np. przy okazji zakupów na targu lub spotkań służbowych).
Wadą książki jest to, że jest pisana w amerykańskich realiach, które są znacznie różne od sytuacji polskiej. Trudno mi wyobrazić sobie np. zlecanie mojej pracy czy zadań internetowym pomocnikom z Indii, do czego zachęca autor.
Podsumowując, „4-godzinny Tydzień Pracy” jest dobrą pozycją dla osób, które chcą spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy, nauczyć się kilku trików, ułatwiających życie, czy wygospodarować sobie więcej wolnego czasu. Ta lektura daje ponadto dużą dawkę osobistej motywacji, co uważam za wartość samą w sobie.

Jestem zwykłym ojcem, który – jak wielu innych – zderzył się z rzeczywistością rosnących kosztów życia, obowiązkowych opłat i finansowych decyzji, których nikt nas wcześniej nie nauczył. Blog biednyojciec.pl powstał z potrzeby ogarnięcia domowego budżetu, szukania oszczędności tam, gdzie się da, i dzielenia się doświadczeniami, które sam zdobywam metodą prób, błędów i liczenia każdej złotówki. Nie jestem doradcą inwestycyjnym ani finansowym guru z Instagrama. Jestem praktykiem. Opisuję to, co sam sprawdziłem: jak nie przepłacać za ubezpieczenia, rachunki, samochód czy codzienne zakupy, gdzie szukać rabatów, jak ograniczać koszty i nie dać się naciągać marketingowym sztuczkom. Piszę prostym językiem, bez finansowego bełkotu, bo wierzę, że finanse osobiste mają być zrozumiałe dla normalnych ludzi. Celem bloga jest jedno: pomóc innym ojcom (i nie tylko ojcom) żyć trochę taniej, mądrzej i spokojniej, nawet jeśli portfel nie pęka w szwach. Jeśli dzięki temu zaoszczędzisz kilkaset złotych rocznie albo unikniesz kosztownego błędu – to znaczy, że biednyojciec.pl spełnia swoje zadanie.